A potem zachorowałam.
Bo depresja, według Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób ICD-10, jest chorobą.
Nie jakimś tam kaszelkiem, katarkiem duszy, gorączką osobowości.
Lekarz diagnozował mnie przez telefon, bo już nie byłam w stanie wstać z łóżka, wyjść z domu.
A potem nastąpiło cudowne ozdrowienie.
Nie. Sześć długich miesięcy jadłam antydepresanty, które w pierwszym tygodniu kuracji prawie położyły mnie do grobu, a z doskoku łykałam benzodiazepiny, co akurat było przyjemniejszym etapem leczenia.
Ludzkość nic lepszego nie wymyśliła (i nie wymyśli) od benzodiazepin. Odzyskać siebie po jednej, małej tabletce? Wow. Szacun.
A dziś? Dziś czasem świeci słońce.
Boję się kolejnej jesieni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz